Tag Archives: Jarosław Kotas

Jaroslaw Kotas. Bylismy z Piotrem Nowakiem jak bracia

29 Wrz
  • Tekst opublikowany 02.06.2012 na Futbolnet.pl

Przed wami trzecia i ostatnia część wywiadu z Jarosławem Kotasem. Tym razem m.in. o powrocie do Polski i niespełnionych „rosyjskich” planach….

Na Ejsmonda wykiwani
Pograłem jeszcze trochę w klubikach z NRD, ale bez większych sukcesów. W 1996 roku wróciłem do Gdyni. W Arce grał wówczas Grzesiu Lisewski, zawodnik szybki, ale nieskuteczny. Na dziesięć sytuacji, wykorzystywał jedną. Poproszono mnie, żebym pomógł mu załatwić transfer do którejś z regionalnych lig w Niemczech. Omawialiśmy sprawę z prezesem Jackiem Dziubińskim, gdy nagle on zapytał mnie, czy nie chciałbym wziąć Arki jako trener.

Klub się sypał, grał w trzeciej lidze, ale miał potencjał. Pamiętam jak jakiś czas wcześniej przyjechałem do Gdyni na mecz Pucharu Polski z Górnikiem Zabrze. Zimno było jak cholera, środek tygodnia, godzina 14:00, a stadion pełen. Ci kibice mnie zafascynowali. Nic, tylko robić dla nich wielką piłkę!

Objęliśmy Arkę razem z Piotrkiem Rzepką. Prędko wskoczyliśmy na pierwsze miejsce, wszystko szło dobrze. Pewnego razu przyszedł Dziubiński. – Panowie, chcielibyśmy za bramką walnąć taki balon, korty – zaczął rozmowę. – Jaki balon?! W miejsce historycznego zegara? Zróbmy tu stadion z prawdziwego zdarzenia, jak w La Coruna, z widokiem na morze – zaproponowałem. – Wysoka trybuna, w niej dwadzieścia pawilonów, dwadzieścia etatów dla piłkarzy i robimy ekstraklasę.

Nie było piękniej położonego stadionu w Polsce, a oni wszystko mieli już dogadane. My chcieliśmy robić piłkę, oni politykę. Miałem wrażenie, że nikomu nie było na rękę, żeby na Ejsmonda wróciła piłka na najwyższym poziomie.

Mimo przeciwności, byliśmy bardzo blisko awansu do drugiej ligi. W pewnym momencie Dziubiński uznał, że nasze chłopaki sprzedają mecze, a mi zarzucił, że nie potrafię załatwiać wyników. – Jacek, jeżeli ja mam te dzieciaki na siłę ciągnąć w górę, a przy tym musimy z Piotrkiem biegać po boisku, to o co tu chodzi? – postawiłem sprawę jasno.

Tak, nazwiska Rzepka i Kotas też znajdowały się w kadrze meczowej Arki. Kiedy na jednym z pierwszych treningów poszliśmy biegać do lasu, to gdy obróciłem się po kilku chwilach, zastanawiałem się gdzie są zawodnicy. – Piotrek, wciągaj brzuch i gramy – powiedziałem. W pierwszym sezonie ustrzelił około trzydziestu bramek. Jak to świadczy o młodych?

Niektórzy zarzucali nam, że jesteśmy „Kadłubami”, czyli „tymi z Bałtyku”, ale ja się tylko z tego śmiałem. W rzeczywistości jest mi wszystko jedno. Jestem chłopakiem z Pomorza i kibicuję wszystkim tutejszym drużynom. Chciałbym, żeby Bałtyk grał w pucharach z Milanem, Arka z Juventusem, a Lechia niech wali Liverpool. Byłoby fajnie.

Decydujący o awansie do drugiej ligi mecz graliśmy z Polonią Gdańsk. Do końca zostało kilka kolejek. Ja miałem czterdzieści stopni gorączki, a Piotrek był połamany. Nie było szans, żebyśmy zagrali. Przegraliśmy. To było moje pożegnanie z Arką. Zastąpił mnie Andrzej Bussler. Potem okazało się, że jest spokrewniony z Jackiem Dziubińskim…

Konińska wydmuszka
Trafiłem do Zielonej Góry, gdzie pomagałem przygotowywać tamtejszą drużynę do sezonu. W meczu z Koninem byliśmy spisani na straty, ale wygraliśmy. Kilka dni później usłyszałem w słuchawce: – Robimy w Koninie Bundesligę, pomożesz? – to był Piotrek Nowak.

Konin kojarzył mi się z węglem brunatnym, ale na pewno nie z piłką. Do tego dopiero co spaliłem się w Arce, ale zgodziłem się. Za czasów Zawiszy byliśmy z Piotrkiem jak bracia. Półtorej roku w jednym pokoju. Pamiętam jak robiliśmy paczki dla jego żony. Ona była w ciąży, a on jej camele kupował. Dziwiłem się, ale miał wytłumaczenie: – Jak nie kupię jej cameli, to będzie sporty palić – mówił. Dorzucało się jeszcze ananasy, jakieś czekoladki i paczka szła do Pabianic.

Kiedy już byłem w Niemczech, Peter – tak na niego mówiłem – przyjechał na jakiś obóz z Zawiszą. – Zostań – powiedziałem do niego. Siedzieliśmy tak w trójkę: on, jego ojciec, który mieszkał w Essen i ja. Kilka godzin zastanawialiśmy się co robić. Piotrek postanowił wrócić do kraju, marzył o reprezentacji i był naprawdę blisko, żeby się w niej znaleźć. Rozumiałem go. W końcu i tak, choć trochę okrężną drogą przez Turcję i Szwajcarię, trafił do Niemiec. Nasz kontakt się urwał, aż do momentu kiedy zaproponował mi pracę w Koninie.

Zapowiadana potęga, okazała się kolosem na glinianych nogach, albo nawet bez nóg. Jedna wielka fikcja. Zawodnicy nie dostawali pieniędzy przez wiele miesięcy, do klubu przychodziły ich żony. – Dziecko chore, a ja nie mam na tabletki – błagały o jakikolwiek grosz, a za każdym razem odchodziły z niczym. – Poczekajcie, jeszcze jeden przelew, jedna transza i będzie kasa – to była ich stała odpowiedź. Trzeba było zejść z obcasików na sandały.

Poradziłem Piotrkowi, żeby zwołał konferencję prasową, na której ogłosi, że się wycofuje. Byłem nawet w stanie opowiedzieć się po jego stronie. – Powiedz cokolwiek, że wyłożyłeś dolary, ale masz problem z władzami miasta, że brakuje sponsorów, że kibice się odwrócili, że ta wiocha przestała cię interesować, cokolwiek! – próbowałem go przekonać na wszelkie sposoby. Podziękowałby, zostawilibyśmy Koninowi drugą ligę i niech się bawią dalej, ale Peter miał o sobie zbyt duże mniemanie. Postanowił brnąć w bagno.

Był taki czas, że osobiście chodziłem na rozmowy z różnymi sponsorami. Oni chcieli normalnej piłki: – Panie Nowak, czy pan zdaje sobie sprawę, że żeby wejść w ten zadłużony klub, trzeba mieć co najmniej milion dolarów? – pytali go, zanim jeszcze ubabrał się na dobre. – Nie ubliżajcie mi, panowie – usłyszeli w odpowiedzi. Taki z niego był kozak.

Przysłał swojego człowieka z Ameryki. Przyjrzałem mu się dokładniej – buty z obcasika zdarte, koszula znoszona, spodnie przetarte, neseserek z odstawki… Niezły biznesmen! Kilku bogatszych widziałem, choćby w szatni Schalke.

Piotr był totalnym sodziarzem. Po kilku miesiącach obiecał mi, że jak dogramy sezon, odda klub do Gdyni. Ściągnąłem ludzi z Arki, wzięliśmy sprawy w swoje ręce. Zorganizowaliśmy obóz w Cetniewie, zatrudniliśmy „Czyżyka” jako trenera bramkarzy, ratowaliśmy, ile się dało. Jeździliśmy w ośmiu starym fordem, siedzenia się rozkładało i cała naprzód. Byliśmy już po rozmowach z władzami miasta, gdy nagle okazało się, że… Piotr opchnął klub w Bydgoszczy. Zostawił nas na lodzie. Prosiłem, żeby rozliczył się z chłopakami, którzy przyszli z Gdyni. To były niewielkie kwoty. Zaproponowałem nawet, że posprzedaję mu piłkarzy. Sprzedałem Artura Bugaja i Andrzeja Jaskota, uzbierała się spora suma. – Weź pieniądze i zapłać chłopakom, my dogadamy się później – powiedziałem. Piotr miał jednak warunek – chciał, żebym podpisał mu zgodę na przenosiny do Bydgoszczy.

Miarka się przebrała. Napisałem list otwarty do Michała Listkiewicza. Był to list o dramatach ludzkich, o cierpiących rodzinach. Nie napisałem go w imieniu piłkarzy, ale ich kobiet i dzieci. Powiedziałem Listkiewiczowi, że dopuści się olbrzymiego skandalu, jeśli wyrazi zgodę, żeby Nowak mógł sprzedać klub do Bydgoszczy. Naciskałem, żeby najpierw pokazał papiery, że ze wszystkimi się rozliczył.

– Podpiszesz mi tę zgodę na przenosiny, czy nie? – ponaglał mnie Piotr. Nie mogłem tego zrobić, zbyt mocno się na nim zawiodłem. Myślałem, że byliśmy jak bracia. – Nie pamiętasz starych czasów? – pytałem, ale on miał już zupełnie inny świat.

Dostałem od Piotra dwie karteczki, na osiemdziesiąt i sześćdziesiąt tysięcy. Winny był mi kilka razy więcej. Po pewnym czasie do Gdyni przyjechał wspólnik Nowaka, chciał spotkać się na dworcu. Domyślałem się, że coś kombinują, dlatego poprosiłem, żeby wpłacił pieniądze do banku. Okazało się, że miał tylko połowę. Kazałem mu wracać.

Mam jeszcze resztki wiary w Piotrka jako człowieka, ale nie utrzymuję z nim kontaktu. Jak słyszę głosy, że mógłby zostać selekcjonerem, albo prezesem związku, to mówię: – OK, ale znajdźcie jeszcze trzech ludzi, którzy będą go kontrolować.

Przygotowałem się na taką ewentualność. Kiedyś dałem córce wszystkie papiery, rachunki i powiedziałem: – Jak padnę na zawał, pójdziesz na konferencję i jako dziennikarka powiesz: „Panie Nowak, przez pana wiele lat klepałam biedę. Ojciec nie miał dla mnie na buty, bo wszystko zainwestował w Konin”.

Taki spadek po mnie.

Co tam się działo w tym Koninie! Graliśmy z Groclinem Dyskobolią Grodzisk, oni wtedy wszystkie mecze załatwiali po drodze. Tu konferencja po meczu (2:0 dla nas) z nimi, trener Bochynek wkurzony, a do mnie kolejka dziennikarzy, bo zawsze lubili słuchać, co mam do powiedzenia. Wtedy na korytarzu podchodzi do mnie jakiś gość i mówi: słyszałem, że mówił pan o mnie na konferencji. Był z Grodziska. Ja mówię mu: – Tak, owszem, na 34 punkty, które zdobyliście, może 4 były uczciwe. Życzę powodzenia.

To był Zbigniew Drzymała….

W poszukiwaniu profesjonalizmu
Kiedy pomału przyzwyczajałem się do piłki na trochę niższym poziomie, zadzwonił Grajewski. Od wielu lat siedział w Widzewie i coraz mniej zaczynało mu się tam podobać.
– Niemec nie radzi sobie z tą polską bandą. Chciałeś być trenerem, przyjedź i spróbuj.
– Dobra, ale dostanę jakieś pieniądze? – spytałem. Znałem przecież Andrzeja.
– No jasne, jak to tak bez kasy?! – usłyszałem w odpowiedzi.

Widzew miał wtedy mocną pakę, a zajmował ostatnie miejsce w tabeli. Pytałem chłopaków, czy im nie wstyd. Po raz kolejny okazało się, że nazwiska nie grają. Piotr Włodarczyk, Jurek Podbrożny, Marcin Dymkowski, Maciej Terlecki, Kaziu Węgrzyn, no i cała sterta tłustych Brazylijczyków.

Jako masażysta był w klubie zatrudniony taki niewidomy chłopak. Któregoś dnia przechodząc korytarzem, zajrzałem do jego gabinetu. Patrzę, na kozetce ktoś leży – wały, tłuste cielsko, grube łydki – a Maciek go masuje. Pomyślałem, że chłopak dorabia sobie na boku. Podszedłem bliżej i stanąłem jak wryty, bo okazało się, że to jeden z naszych stranierich. Wyglądał jak Maradona przed odwykiem.

Jak widziałem takiego Piotrka Mosóra, to też mi się słabo robiło. Cycki, brzuch… Grajewski kitował mu, że załatwi transfer do Hansy Rostock. Bundesliga, w kadrze czterech reprezentantów Szwecji. – Piotrek, to są chłopy, jak z żurnala, wysocy, dynamiczni, a ty taki zaniedbany. Myślisz, że dadzą ci tam wolne, żebyś doprowadził się do porządku? – mówiłem mu prosto w oczy.

Trenerem bramkarzy był u nas Janek Tomaszewski. Trening, śniegu po kostki, Janek w długim czarnym płaszczu i z telefonem w ręku. Zerkałem co jakiś czas jak pracował ze Zbyszkiem Robakiewiczem, który miał wówczas już prawie 37 lat. Zbyszek klęczy, Janek strzela, Zbyszek łapie. Zbyszek klęczy, Janek strzela, Zbyszek łapie. Zbyszek klęczy, do Janka dzwoni telefon, Zbyszek klęczy. Janek odwrócił się i gada. Minuta, druga, piąta, a Zbyszek bez przerwy kolanami na śniegu. Po dziesięciu minutach Janek skończył rozmowę i wrócił do ćwiczenia.

Przy okazji wspomnień z Bałtyku było o Mirku Okońskim. Po wielu latach spotkaliśmy się, jako trenerzy. Pojechaliśmy z Widzewem gdzieś pod Zgierz, żeby zmierzyć się towarzysko z jego drużyną. Zagraliśmy, a po meczu czekała na nas miła gościna. Przyszła pan prezes, fajna atmosfera, dobre jedzonko i nagle Mirek wyciąga flachę. Drużyna od kilkunastu minut czekała w autobusie, więc mówię do Petra, że musimy spierdzielać, ale zauważyłem, że przestało mu się śpieszyć. – Nie rób zadymy – mówię do niego. – Ekipa czeka, to są poważni ludzie, a nie trampkarze! – Niech siedzą i czekają – usłyszałem w odpowiedzi. Wstałem i wyszedłem wkurzony.

Problemem Widzewa było to, że nie wiadomo było, kto tak naprawdę tam rządzi. Jeszcze przed końcem sezonu Andrzej, Peter i ja odeszliśmy z klubu.

Za pół roku pracy dostałem tysiąc euro. – Zawieź Anicie, bo inaczej nas zabije – powiedział Andrzej. To ja jego powinienem zabić. Przez kilka miesięcy musiałem jeździć do domu i zabierać pieniądze, które ciężką pracą zarabiała moja żona. Grajewski kręci mnie do dzisiaj, ale jak zadzwonię, to w słuchawce słyszę: – Jaruś, przyjacielu!

Mimo wszystko wciąż mam do Andrzeja słabość. Przed mundialem w Niemczech załatwił mi bilety do jakiejś ruskiej loży. Dzięki temu mogłem wziąć kolegę, z którym pracowałem w Kaszubach Połchowo, Wiesia Renusza i córkę na mecz z Kostaryką do Hannoveru. – Teraz pokażę wam moje stadiony, moją piłkę, mój świat, wszystko to, o co mi chodzi w życiu – powiedziałem im przed wyjazdem. Bo z całym szacunkiem, ale Kartuzy, Lębork, czy Połchowo to nie mój świat.

Dekada zmian
Do Wrocławia jeździłem opowiadać o korupcji. Miałem być dwie godziny, siedziałem dwanaście. Czasu nie żałowałem, w trzeciej, czy czwartej lidze – bo tam wylądowałem – życie toczy się wolniej.

Gdybym nie był dziś z wami, to pewnie biegałbym po lesie z córką. Zrobiłem z niej lekkoatletkę. W pewnym momencie powiedziała: – Tato, wszystkich trenujesz, a ja?

Miała rację. Zaciągnąłem hamulec i zaczęliśmy wspólnie spędzać mnóstwo czasu. Dziś Magda zdobywa medal za medalem, przede wszystkim w biegach na 1500 metrów. Pieniądze i sława przestały być dla mnie najważniejsze.

Zacząłem pracować z drużynami w niższych ligach i na nowo uczyć się polskich zasad gry. W 2005 roku objąłem trzecioligową Cartusię Kartuzy. Wiodło nam się nie najlepiej, walczyliśmy o utrzymanie. Przechadzając się po budynku klubowym usłyszałem zza drzwi do gabinetu prezesa: – Zwolnijcie Kotasa, to się utrzymacie.

Odszedłem na cztery kolejki przed końcem. Pierwszy wyjazdowy mecz pod wodzą nowego trenera Cartusia zagrała z Mieszkiem Gniezno. Wygrała uczciwie, ale na wszelki wypadek gospodarze wystawili chłopaka nieuprawnionego do gry. W pozostałych spotkaniach o punkty również nie było trudno. Cartusia utrzymała się w lidze.

Byłem kiedyś na meczu Arki z Widzewem. Wszyscy wiedzieli, że ma być karny i tylko czekali. To jest chore. Powiedziałem do córki, że więcej nie przyjdę. Można robić frajerów z chłopaków w żółto-niebieskich czapkach, ale nie ze mnie.

Na szczęście meczów już się nie kupuje – wszyscy się boją, ale układziki nie zniknęły.

Teraz próbuję ratować klub z mojego rodzinnego Starogardu. Ostatnio, po raz pierwszy w życiu, wyrzucono mnie z ławki trenerskiej. Za co? Wytargałem za ucho tępaka ze Skarszew, bo zapytał mnie: – „Gdzie lecisz, buraku?”. A ja biegłem ratować mojego zawodnika, który od kilkudziesięciu sekund leżał na murawie nie dając znaku życia. Skończyło się na tym, że chłopaka karetka zawiozła do szpitala, a mi sędzia pokazał drogę na trybuny.

Sędzia w tym meczu był z Lęborka, a my z tamtejszą drużyną bijemy się o utrzymanie. Tydzień później czekał nas mecz właśnie z nimi. Arbiter pokazał nam siedem żółtych kartek i jedną czerwoną, w pierwszej połowie, gdy prowadziliśmy 2:0. Wypunktowani zostali dokładnie ci, o których się bałem. Zostało nas dziewięciu na mecz w Lęborku. Obdzwoniłem juniorów, ale oni w dzisiejszych czasach mają inny priorytet, osiemnastki.

Postanowiłem nie robić dymu, ale nasz dyrektor sportowy to młody, ambitny chłopak – zadzwonił do pana Jerzego Kacprzaka z Pomorskiego Związku Piłki Nożnej. – Bo wiecie, ten sędzia to syn naszego kolegi, chciałby iść wyżej… – usłyszał w słuchawce. Nie wszystko się zmieniło. Jak ktoś mi mówi, że dwa plus dwa jest osiemnaście i każe to powtarzać, to nie ma rozmowy.

Rosyjskie plany
Kilka lat temu nawiązałem ponowny kontakt z Aleksandrem Borodiukiem. Graliśmy razem w Schalke, choć może „graliśmy” to chyba zbyt małe słowo. Żyliśmy razem, przez dwa lata opiekowałem się „Saszą”, jak Nowakiem w Zawiszy. Dzięki niemu nauczyłem się gadać po rosyjsku tak dobrze, że jak odbierałem z lotniska rodziców Wołodymyra Ljutego, którzy przyjechali z Dniepropietrowska, to byli przekonani, że jestem z Moskwy. – Jarek, ty mówisz do mnie po rusku – słyszałem czasami od żony po powrocie domu.

Borodiuk był pierwszym rosyjskim piłkarzem w Niemczech. Bez przerwy pokazywali go w ZDF i ARD na przemian z Gorbaczowem. Zostałem tłumaczem „Saszy”, to był pomysł Grajewskiego. Po treningu, zamiast na odpoczynek, udawałem się albo odebrać dzieciaki z przedszkola, albo załatwić coś na poczcie. Stałem się chłopcem na posyłki, a w klubie coraz mniej to się podobało. Jak próbowałem się postawić, za każdym razem kończyło się tak samo. – „Sasza”, nie będziemy spać razem w pokoju! – krzyczałem do niego przed każdym kolejnym zgrupowaniem, a pięć minut później rozpakowywaliśmy się w jednym pomieszczeniu.

Jak spadł śnieg, prezes wysłał nas na Florydę. Każdego dnia po treningu chodziliśmy do tej samej kawiarni. – Jarek, zamów mi to ciasteczko – poprosił „Sasza” wskazując na biszkopt z galaretką i truskawkami. Kiedy przyszła pora zamówienia, okazało się, że ciastka nie ma. Kelnerka wytłumaczyła nam, że to nie sezon na truskawki. Przyszliśmy następnego dnia. – „Sasza”, co chcesz pożreć? – pytam. – To ciasteczko – odpowiedział, wskazując w menu dokładnie to samo miejsce co dzień wcześniej. Chłopaki w śmiech. – Sasza nie ma, to nie sezon!

Spytałem Lutego, czy on sobie jaja ze mnie robi, a w odpowiedzi usłyszałem: – Nie, on po prostu jest tak głupi.

Ciastko z truskawkami „Sasza” zamawiał jeszcze przez kolejne cztery dni.

Jak Borodiuk zaczął mi wymieniać, gdzie występował, to chwytałem się za głowę. Mistrzostwa Świata, Mistrzostwa Europy, Olimpiada w Seulu, europejskie puchary… – Ty jesteś taka bieda, że byś nawet u nas w Bałtyku się nie łapał! – mówiłem mu często. Zastanawiałem się, na czym polega jego fenomen, bo przeskok nie był widoczny. Co innego taki Olaf Thon, Andreas Möller z Dortmundu, Tony Yeboah, Uwe Bein, czy nawet Stefan Effenberg. W ich przypadku czułem różnicę, to była ściana nie do przeskoczenia. Taka półka, że jak po awansie do Bundesligi Schalke podziękowało mi za grę, to zrozumiałem. Byłem zwyczajnie za słaby. Dostałem kwiaty i „Jarek, auf Wiedersehen”.

Czasami miewam durne pomysły, natężają się od momentu, gdy zobaczyłem w telewizji „Saszę” siedzącego na ławce trenerskiej „Sbornej”. Jak Rosjanie nie awansowali na mundial w RPA, po porażce ze Słowacją Putin zaprosił wszystkich do siebie. Kazał się wynosić wszystkim – od kierowcy autobusu, przez ludzi do wiązania butów, po trenerów. Wszyscy won, oprócz jednej osoby. W kadrze pozostał Aleksandr Borodiuk… Grał dla Dynama Moskwa, łatwo sprawdzić jakiego resortu jest to klub. Postanowiłem odświeżyć kontakt. Zdobyłem numer na jego telefon i zadzwoniłem. Zbliżał się mecz reprezentacji Rosji z Niemcami w Duesseldorfie, umówiliśmy się, że tam się złapiemy.

Spotkaliśmy się w hotelu, całym wynajętym przez Rusków. Sowiecki Sojuz normalnie. Podczas przyjęcia podszedł do nas jakiś kurdupel i przyłączył się do rozmowy. Okazało się, że to nowy prezes rosyjskiego związku piłkarskiego, jeden z najbogatszych ludzi w kraju. Brakowało jeszcze tylko Abramowicza.

Wziąłem „Saszę” do pokoju. – Sprzedalibyśmy piłkarza – zaproponowałem. Ale on jakby bał się powiedzieć, że nie może. – To może w takim razie zajęlibyśmy się trenowaniem? – spytałem. – Przecież się na tym znamy, dalibyśmy radę. Moje nazwisko rozśmieszy wszystkich, ale twoje już nie.

Ile jeszcze mam chodzić po tych kwiaciarniach? Jeżdżę na giełdę, ręce pokłute, pysk czerwony. Niedługo „Bielyje rozy” będę śpiewał, będę jak Ałła Pugaczowa, a w tym czasie różni ludzie sprzedają takich ogórków-piłkarzy, że aż głowa boli.

Mógłbym pięć razy lepszych rozprowadzać. – Dwa miliony tu, dziesięć z powrotem i mamy spokój – mówię do „Saszy”. – Ja ustawiony, ty też masz spokój. Wystarczy jeden twój telefon…

Jak Guus Hiddink odchodził do Chelsea, to powiedział wprost: – Jak dla mnie, jest jasny kandydat numer jeden na mojego następcę. Nazywa się Aleksandr Borodiuk.

Wspaniała laurka. – Zadzwoń, do kogo trzeba, powiedz, że weźmiemy Feyenoord Rotterdam, albo Ajax Amsterdam. Nawet jakiś Grashoppers Zurych, dogadamy się po niemiecku. Przecież się nie zbłaźnimy.

Ale „Sasza” nie może nigdzie zadzwonić, nie może wykonać żadnego ruchu… Póki co pracuje dla Ojczyzny…

Nie poddaję się jednak. Wciąż jest we mnie mnóstwo energii i wiary, że mimo pięćdziesiątki na karku, jeszcze wszystko jest możliwe. Zapał to połowa sukcesu. Od małego chciałem iść coraz wyżej. Jak miałem siedem lat, to brałem piłkę, szedłem do parku i kopałem. Drzewa to był mój stadion, liście to kibice. – Chory byłeś – mówi córka, ale ja po prostu zawsze marzyłem o kilkudziesięciu tysiącach ludzi na trybunach. Przekonałem się, że marzenia się spełniają i wciąż je mam.

Cieszę się, bo widzę, że choć przez tyle lat trzymałem się z boku, to moi dobrzy znajomi, którzy dziś nierzadko goszczą na pierwszych stronach gazet, nie odcinają się ode mnie. Jeszcze wszystko jest możliwe.

Wysłuchali Paweł Marszałkowski i Maciej Słomiński

Jaroslaw Kotas. Kosztowalem Poloneza

29 Wrz
  • Tekst opublikowany 28.05.2012 na Futbolnet.pl

Przed wami druga część wywiadu z Jarosławem Kotasem. Tym razem m.in. sporo z „niemieckiego” okresu jego piłkarskiego życiorysu…

Kolonia karna
Dostałem dwa lata dyskwalifikacji, mimo że w Bałtyku nie miałem normalnego kontraktu. Aleksander Kwaśniewski, który był wtedy przewodniczącym Komitetu Młodzieży i Kultury Fizycznej wymyślił jakieś stypendia, ale dla mnie zabrakło. Byłem zatrudniony na etacie, jako pomocnik ogrodnika. Dziś, od czasu do czasu spotykam na parkingu pod sklepem Wojtka, który prosi o drobne na piwo. Nigdy nie odmawiam. – Szefie, w końcu byłem twoim pomocnikiem, należy ci się.

Początki w Niemczech były trudne. Przyjechałem z jedną torebką, chciałem zobaczyć jak wygląda wielki świat, wielkie kluby, ale rzeczywistość okazała się brutalna. Pałętałem się po ulicach, nie znając języka. Po pewnym czasie spotkałem Marka Kowalczyka, z którym znaliśmy się jeszcze z Wisły Tczew. – Ty też tutaj?! – zdziwiliśmy się obaj. – Przekonałem Niemców, że potrafię grać, zawieźli mnie do drugoligowego Kickers Offenbach, ale byłem dla nich za mocny – opowiadał Marek. – Wracam do kraju, ale mam dla ciebie managera. Krętacz, oszust, ale skuteczny.
– Dawaj go! Leżę na pryczy, nie mam co jeść, totalny syf. Żona została w Gdyni, schudła dwadzieścia kilo – wymieniałem moje zmartwienia cały rozemocjonowany.

„Skutecznym krętaczem” polecanym przez Kowalczyka okazał się być Andrzej Grajewski. Szybko złapaliśmy dobry kontakt. Zamieszkałem u niego. W dzień zajmowałem się domem, a wieczorami wychodziłem na miasto potrenować. Na skwerkach roiło się od Rumunów i Turków. Wybierało się składy i grało o zgrzewkę piwa. Kiedy za pierwszym razem przyszedłem w jakichś dresowych gaciach i za dużym sweterku, wybrali mnie jako ostatniego. Strzeliłem ze dwadzieścia goli i jak pojawiłem się tydzień później, to wykłócali się o mnie. Nie tak wyobrażałem sobie jednak „raj na ziemi”…

W końcu Grajewski zawiózł mnie na testy do FC Koeln. To była wówczas piekielnie mocna drużyna. Przyjechałem do Kolonii na trzy dni, wynajęli mi tam wspaniały apartament, miałem się skupić wyłącznie na treningach. Pierwszym przystankiem dla każdego testowanego zawodnika była drużyna rezerw. Żeby trafić do pierwszego zespołu, najpierw trzeba było potwierdzić swoje umiejętności o stopień niżej.

Kiedy podjechaliśmy pod ośrodek treningowy, zacząłem panikować. Zobaczyłem zupełnie inny świat. Warunki z dziesięć razy lepsze niż w Polsce. – Co jest? Peniasz? – Andrzej prędko sprowadził mnie na ziemię. Nie po to tyle czasu czekałem na szansę, żeby zmarnować ją kiedy nadejdzie. Poszedłem do szatni. Na treningu mieliśmy zwyczajną gierkę. Po dwudziestu minutach trener przywołał mnie do siebie: – Danke.
Wkurzyłem się. Myślałem, że całkiem nieźle mi szło, a tu chcą się ze mną żegnać. Już chciałem się odwrócić na pięcie, gdy trener dodał: – Widzę, że potrafisz grać. Wracaj do hotelu, bo jutro czeka na ciebie pierwszy zespół.

Kiedy dzień później wszedłem do szatni, znów ogarnęła mnie panika. Widziałem dwudziestu kilku facetów, przy czym mniej więcej połowę z nich znałem wcześniej z telewizji. Na trening wyszedłem jednak bez kompleksów. Podania w parach Dobrałem się z Flemmingiem Povlsenem, późniejszym mistrzem Europy. Ja: żonglereczka i podanie, bum – Povlsenowi piłka odbiła się od kolana i poleciała gdzieś na bok. Drugie podejście. Ja: cyk, cyk i podanie, Flemmingowi znowu spadła. Wszystkiemu przyglądał się Christoph Daum. Myślałem, że Povlsen robi sobie ze mnie jaja, ale nie, on po prostu był tak drewniany.

W Kolonii miałem zastąpić Mortena Olsena, który odchodził na emeryturę. Graliśmy pierwsza drużyna na drugą. Mnie wsadzili do rezerwowych. Wszystko mi wychodziło, człowiek wie sam, kiedy dobrze gra. Po treningu zadzwonił Grajewski i pyta, jak poszło, a ja, że chyba dobrze. To było do południa, potem wspólny obiad i drugi trening. Znowu super. Wyszedłem spod prysznica jako ostatni, w szatni był już tylko Olsen. Zostawał po treningu i robił dodatkowe dwa kółka. Miał 36 lat i zero tłuszczu. Usiadłem, a on mówi do mnie po polsku: – Dobzie Jarek, dobzie.

Zadzwoniłem do Andrzeja i powiedziałem, że chyba się załapię.

Nie załapałem się. Pod względem piłkarskim nic mi nie zarzucili, ale nie miałem papierów i karę w plecaku. Oni potrzebowali kogoś na tu i teraz. – Ty musisz przyciągnąć swoim nazwiskiem dziesiątki tysięcy kibiców – powtarzali. Nie przyciągnąłbym. Polaków mieli wtedy za złodziei i przemytników.

Gryźć trawę z „Tonim”
Szczęście czekało sto kilometrów od Kolonii, w Gelsenkirchen. Kiedy tam przyjechałem, Schalke grało jeszcze w Bundeslidze. Niestety moja dyskwalifikacja nie pozwoliła mi poznać jej smaku. Dwa lata przymusowej absencji stanowiły dla mnie największy problem. Grajewski obiecał, że odkręci co się da, wziął bardzo dużo pieniędzy i pojechał do Polski. Wrócił z moją żoną oraz informacją, że po roku będę mógł grać.
– Ile cię to kosztowało? – zapytałem.
– Poloneza – odpowiedział Andrzej.
– Flachę czy samochód?
– Samochód, gamoniu!
Pomyślałem, że co najmniej dziesięć lat będę musiał grać, żeby się wykupić. Od tamtej pory powtarzam żonie, że jest moim najdroższym transferem.

Wszyscy straszyli mnie morderczymi treningami w Schalke. – Jarek, laufschuhe – usłyszałem na pierwszych zajęciach. Okazało się, że chodziło o buty do biegania. „Oho, zaczyna się” pomyślałem. Niedaleko Gelsenkirchen jest niewielkie jeziorko, tak ze dwa kilometry obwodu. Przebiegliśmy kółko, krótkie rozciąganie i ruszamy na drugie okrążenie. Dobiegliśmy. – Das Ende – powiedział trener. „Co?! To już? A kiedy grzałka?”. Za tydzień to samo. Przy trzecim podejściu postanowiłem pokazać im, jak się biega. Tak przypierdzieliłem, że kiedy dotarłem na metę trener był przekonany, że popsuł mu się stoper.

Zaangażowanie. Tylko tyle wystarczyło, żeby zrobić wrażenie na Niemcach.

Mój organizm, to mój kapitał. Zawsze musiałem wyspać się dwanaście godzin. Do dziś nie wiem jak smakuje alkohol, czy papieroch. Wiadomo, próbowałem jak miałem dziesięć lat, ale już wtedy przekonałem się, że to nie mój świat. W życiu nie byłem na dyskotece. Nie jest tak, że Niemcy nie piją piwa. Pamiętam, jak byliśmy na obozie, godzina 22:00 – wszyscy na dół. Człowiek przestraszony myślał, że szykuje się jakaś afera. Takie przyzwyczajenie z Polski. Zeszliśmy, a tam chłopaki siedzą przy browarku. Wybór był ogromny, nie można było jedynie brać coli, w tym przypadku za brak silnej woli płaciło się pięćset marek kary. Dookoła tylko piwo, piwo, piwo, ale kulturalnie, z klasą. Po jednym, góra dwa i do spania.

– Jarek, ty na pewno jesteś z Polski? – pytali mnie koledzy z drużyny. Radziłem im, że jeśli chcą zobaczyć typowego obywatela naszego kraju, to powinni mnie odwiedzić jak przyjadą ojciec i teść. Na zakupy dla rodziny jeździłem do Bochum, albo do Essen. Brałem minimum dwie skrzynki piwa i kilkanaście Johny Walkerów. W bagażniku miałem monopolowy. Jakby to zobaczyli kibice z Gelsenkirschen, od razu by powiedzieli: – Polaczek napierdziela od świtu do nocy.

Czasami kiedy wchodziłem do szatni, nie wiedziałem, czy zaraz wyjdę na boisko, czy na wybieg dla modelek. Większość kolegów przychodziło codziennie w nowym zestawie ubraniowym. Mi starczyłyby dwa na całe życie. Cieszyłem się koszulą za dwadzieścia marek, a oni musieli mieć tę od Hugo Bossa za dwieście. – Wychowałem się w stanie wojennym. Jakbyście mnie wtedy odwiedzili, to przeszlibyście prawdziwą szkołę życia – odpowiadałem im, gdy się podśmiewali.

Niekwestionowaną gwiazdą Schalke był Harald „Toni” Schumacher. Przyszedł z Koeln, tuż po tym gdy ukazała się jego słynna książka „Gryźć trawę”, w której ujawniał szokujące kulisy funkcjonowania niemieckiej reprezentacji w czasie mundialu w Meksyku.

Jeden z unikalnych modeli Opla wyprodukowano wyłącznie w dwóch egzemplarzach. Pierwszy należał do popularnego niemieckiego aktora, drugi do Schumachera. Dojeżdżał nim z Kolonii. Ćwiczył z nami raz, góra dwa razy w tygodniu. Jak się strzelało, to tylko w „Toniego”. Za nim ustawione były trzy kamery. Był idolem. Na jego pierwszym treningu pojawiło się trzydzieści tysięcy kibiców. Wielu uważało go za najlepszego bramkarza świata.

Miałem w pamięci akcję, w której mój nowy kolega o mały włos nie zabił francuskiego obrońcy Patricka Battistona. Bałem się go. Przychodziłem do szatni trzy godziny przed treningiem, żeby mnie czasem nikt nie huknął. Pewnego razu wchodzę, a tam nie ma nikogo, prócz „Toniego”. Już chciałem się wycofać, gdy usłyszałem donośne: – Jarek, dawaj tu!
Grajewski powiedział mi kiedyś, że jeśli Toni powie „Polen raus”, to będę musiał zacząć pakować walizki. „Żubrówki mu nie będę woził, jak mnie nie polubi, to trudno” – pomyślałem. Na wszelki wypadek siedziałem cicho jak mysz pod miotłą.

„Toni” nie miał żadnych kolegów. Przed jednym z pierwszych treningów wszedł do szatni i zamiast powitania usłyszeliśmy: – Czemu to radio tak głośno gra?!
Od razu znalazł się chętny, żeby podbiec na palcach i wyciszyć muzykę. Następnego dnia w szatni głucha cisza. Wchodzi „Toni”: – Czemu nikt nie słucha radia?!

Wariat. Bali się go jak ognia.

Jeszcze zanim podpisałem kontrakt, mieszkałem w hotelu, z którego na treningi chodziłem pieszo. Któregoś dnia idę sobie w moim sweterku i nagle słyszę hamulec. Schumacher opuścił szybę w swoim Oplu: – Jarek, wsiadaj!
Przed bramą zawsze czekało sporo kibiców, starych działaczy. Wszyscy byli w szoku. „Zabrał Polaka!”. Wieczorem zadzwonił „skuteczny krętacz”. – Ty, słyszałem, że cię „Toni” podwiózł. Brawo, masz kontrakt w kieszeni! – cieszył się do słuchawki Andrzej.

Poczułem, że „Toni” mnie polubił, co nie oznacza, że przestałem być ostrożny. Podczas jednej z gierek omal nie zszedłem na zawał… Po mocnym strzale Harald niepewnie złapał piłkę i po chwili wypluł ją przed siebie. Poszedłem ostro na dobitkę, ale zamiast w futbolówkę, wpierdzieliłem się w bramkarza. Huk. Cisza. Cholernie bolał mnie piszczel, ale to nie było ważne. „Toni” leżał bez ruchu, a ja byłem przekonany, że jeśli wstanie, to mnie zabije. Nagle drgnął. Podniósł się i niepewnym krokiem podszedł do mnie. – Jarek, wszystko z tobą w porządku?! – zapytał wyraźnie zaniepokojony. Kilkunastu zawodników, oczywiście łącznie ze mną, odetchnęło z ulgą. „Nie zatłukł Polaka!”.

Treningi w Schalke nie były niczym nadzwyczajnym. Zdarzały się najbardziej prymitywne ćwiczenia, takie jak: zagranie do trenera, klepka i laga z szesnastu metrów. „Toni” chciał, żebyśmy strzelali tylko z podbicia. Mógł dzięki temu błyszczeć przed kamerami. Duńczyk Bjarne Goldbaek, odważył się strzelić technicznie, tuż przy słupku. – Spróbuj jeszcze raz, to cię zabiję! – wściekł się Schumacher. Tymczasem Bjarne totalny luz, za drugim razem uderzył identycznie. Po chwili musiał rozglądać się za schronieniem, bo za plecami miał już nabuzowanego „Toniego”. Mnie bolał akurat Achilles, więc też walnąłem technicznie. „Niespotykanie spokojny człowiek” spojrzał na mnie w taki sposób, że przy kolejnych podejściach – ryzykując zerwanie Achillesa – strzelałem już tylko podbiciem.

Najgorszym ćwiczeniem był dziadek. Najgorszym dla wszystkich, oprócz „Toniego”. On zakładał buty z ostrymi wkrętami i z groźnym uśmieszkiem wychodził na pole bitwy. Gra była tak zacięta, jakbyśmy właśnie grali mecz. Nikt nie odpuszczał. Bez ochraniaczy można było zostać w szatni. Dwadzieścia podań z rzędu – pięć marek płaci ten, który w środku. Sito – dziesięć marek. Do czwartku – czyli dnia, w którym trener rozdawał koszulki meczowe – nie było przebacz.

Sezon 1987/88 był w wykonaniu Schalke fatalny. Chyba najlepiej oddał go mecz z Bayernem Monachium, w którym Harald ośmiokrotnie wyciągał piłkę z siatki. Siedziałem wówczas na trybunach i mimo złych wyników, żałowałem, że nie dane mi jest przeżyć przygody, jaką byłyby występy w Bundeslidze.

– Wiesz dlaczego cię polubiłem? – spytał mnie „Toni” tuż przed odejściem do Fenerbahce. – Bo jesteś facetem z jajami, a nie jakimś lizidupkiem, który na skinienie biega wyciszyć radio.

Kiedy ja żegnałem się z Schalke kilka lat później, zapowiedziałem buńczucznie, że wrócę do Gelsenkirchen jako trener polskiego klubu i wyeliminuję ich z pucharów. Do dziś wypominają mi te słowa.

Wysłuchali Paweł Marszałkowski i Maciej Słomiński

Jaroslaw Kotas. Wciagaj brzuch i gramy!

29 Wrz
  • Tekst opublikowany 15.05.2012 na Futbolnet.pl

Jarosław Kotas nie jest osobą z pierwszych stron gazet. Grał m.in w Zawiszy Bydgoszcz, Bałtyku Gdynia i Schalke Gelsenkirchen, potem trenował Arkę Gdynia, Aluminium Konin i Widzew Łódź. Jednak w sportowym życiu otarł się o tyle znanych osób, że jego opowieści słucha się jak dobrego kryminału. Harald Schumacher, Olaf Thon, Flemming Povlsen, Michaił Gorbaczow Andrzej Grajewski, Piotr Nowak (Peter Keller) czy bezimienni ze służb specjalnych, nie tylko polskich…

Z Jarosławem Kotasem spotkaliśmy się w Gdyni. Niedawno stuknęła mu pięćdziesiątka. Zapytany o to, tylko się roześmiał, że pewnie ze względu na datę urodzenia (04.04.1962) grał w Schalke 04. Ale nie ze względu na datę urodzenia właśnie jego wybraliśmy na obiekt zainteresowania. Bardziej ciekawiło nas jak to możliwe, że ćwierć wieku temu poziom końcówki ligi polskiej (Bałtyk) niewiele różnił się od końcówki ówczesnej Bundesligi (Schalke)…

Pokoleniu Internetu trener Kotas jest zapewne znany dzięki filmikowi pod znaczącym tytułem: piłkarze – debile.

Ale uwierzcie, że nie mówił tego pod publiczkę, to po prostu typ człowieka, który nazywa rzeczy po imieniu…

Miał to być wywiad, ale trener w mig przejął lejce i mogliśmy jedynie zamienić się w słuch. W ten sposób nie wiadomo, kiedy minęły trzy godziny…

Urodzony na boisku
Nie piję, nie palę i nie przeklinam. Moich zawodników obowiązuje to samo. Za każdą „kurwę” w czasie treningu kasuję pięć złotych, na cytryny i na cukier. Zapasów mamy na cały rok.

Wychowałem się w Starogardzie Gdańskim, na tej samej ulicy co Kaziu Deyna. Teraz wróciłem tu na stare lata, trenuję miejscowych chłopaków. Wracając do mojego dzieciństwa – często jeździliśmy z ojcem na mecze kadry do Chorzowa. Kiedy nasi grali z Anglią, zajęliśmy miejsca blisko murawy. Piłkarze wychodzą na rozgrzewkę i nagle jeden z nich podbiega do nas. To Kazik postanowił się przywitać, wiele lat wcześniej grał w piłkę z moim ojcem. Chwilę pogadaliśmy. Ręki nie chciałem myć przez tydzień.

W Starogardzie zapanowała ostatnio moda na Deynę. Totalne szaleństwo. W kalendarzu mu poświęconym jest zdjęcie jednej z drużyn zakładowych. Widać na nim m.in. Kazika i mojego ojca. A ten mały blondyn, maskotka zespołu… zgadnijcie, kto to?

Czasami żartuję, że urodziłem się na boisku. Jako dzieciak jeździłem z ojcem, który był trenerem, na obozy. Nie było harcerstwa, czy innego cudactwa. Tylko piłka. Najpierw w klubach ze Starogardu, potem w Wiśle Tczew, aż w końcu trafiłem do Zawiszy Bydgoszcz…

Koszary w szatni
Jeśli się nie szło na studia, to trzeba było sobie wojsko załatwić. Miałem zaklepane miejsce w Olimpii Elbląg. Druga liga, więc dla mnie krok wyżej. Do Zawiszy niekoniecznie chciałem iść, bo akurat spadł do trzeciej ligi, ale generał zadecydował, więc nie było wyjścia. Mniej więcej w tym samym czasie, w Bydgoszczy pojawił się trener Wiesław Gałkowski. Wszedł do szatni i przemówił: – Byłem tu trenerem, gdy na Zawiszę chodziło sześćdziesiąt tysięcy ludzi i niedługo, kmioty, będzie tu tak samo!

Gałkowski gonił nas jak psy, ale pościągał dobrych chłopaków. Andrzej Brończyk, Adam Kwaśniewski, Jurek Szczeszak – kilku ligowców i cała chmara młodych. Byłem jedynym, który nie występował w reprezentacji Polski juniorów.

Adaś Zejer był u nas mniej więcej dwudziesty w kolejności. Taki biedaczek. Pamiętam, że zazwyczaj siedział sobie z boku. – Chłopaki, powiedzcie co trzeba zrobić, żeby grać w pierwszej drużynie? – podpytywał nieśmiało. Wiele lat później przeglądam gazety i oczom nie wierzę, Adaś został wybrany jednym z najlepszych zawodników w naszym kraju. Zawołałem żonę: – Anita, w Polsce chyba zabrakło piłkarzy, trzeba zadzwonić i pogratulować.

W Zawiszy zamieszkałem w pokoju razem z Piotrkiem Nowakiem i Konradem Gabrychem. Dobre chłopaki jak cholera. Niżej na zdjęciu idę z tym pierwszym w przerwie derbów Bydgoszczy z Chemikiem. Dowódcy wymyślali nam czasem zabawę w wojsko. – Wypierdzielać, przyszliśmy wam zrobić piłkę, a nie w musztrach uczestniczyć – mówiłem, kiedy im odbijało. Gałkowski poprosił, żebym w razie kłopotów dał mu znać. – To ja tu jestem prawdziwym generałem, mimo że pozornie tylko cywilem – powtarzał. I faktycznie, trzymał ich krótko.

Mam w albumie takie zdjęcie: „Jakaś klubowa uroczystość. Stoi po trzech generałów i pułkowników, a obok nich ja, starszy szeregowy”. Dopiero przy takich okazjach, przekonywaliśmy się jakie funkcje sprawują nasi trenerzy i działacze. Kapitan, major, pułkownik… Kilka razy w roku przedstawiciel drużyny musiał przygotować przemowę do generała. Zazwyczaj padało na kapitana, ale Andrzej Brończyk nie za bardzo to lubił. Na uroczystości po awansie do pierwszej ligi poprosił, żebym go zastąpił. Zawsze lubiłem dużo gadać, więc nie odmówiłem. Andrzej dał mi kartkę, czytam: „Szanowny Towarzyszu…”. Papier wylądował w koszu. Chwyciłem piłkę z autografami chłopaków, wstałem i wyszedłem na środek sali: – Panie generale – zacząłem fatalnie, bo powinno być „towarzyszu”, ale jechałem dalej: – Teraz to trzeba dwa czołgi opierdzielić i atakujemy puchary, bo z żołdu ani Górnika, ani Legii nie walniemy – improwizowałem. Rozejrzałem się po sali i odetchnąłem – wszyscy mieli ubaw, łącznie z generałem.

A tu z całą bandą żołnierzy-piłkarzy z kompanii sportowej. Pierwszy lewej, Nowak robi krzyż, że niby „Krzyżacy”, a to przecież w Toruniu. Jest Andrzej Golecki, później w Bałtyku, jest Kazimierz Sokołowski, później w Pogoni Szczecin, jest Marek Rzepka, później w Lechu i kadrze.

Zawisza to był jedyny zespół, w którym nie przegrywałem. Trzecią ligę wciągnęliśmy nosem, drugą tak samo, dopiero przed pierwszą uciekłem. Zaproszono mnie do gabinetu, gdzie czekał już jakiś wojskowy. – Podziel sobie żołnierzu mapę Polski na cztery części – zaczął od polecenia. – Dwie u góry, dwie na dole. Wyobraź sobie, że dostajesz przepustkę i pytanie, czy dasz radę dojechać i wrócić? Albo grasz, albo jesteś żołnierzem.

Podzieliłem mapę na cztery, wybrałem dwie górne i spierdzieliłem stamtąd. Niektórzy mówili, że powinienem zostać i dziś czasami żałuję, że tak nie zrobiłem. Proponowano mi mieszkanie, dobre pieniądze. Dziś byłbym emerytowanym chorążym i nie musielibyśmy płacić z żoną ZUS-u za kwiaciarnię, którą prowadzimy.

Morskie opowieści
Z Bydgoszczy trafiłem prosto do Bałtyku Gdynia. Wszyscy byliśmy tam stoczniowcami oddelegowanymi na etacie. Jeśli ktoś miał żonę, to dla niej też znalazł się etat. Oczywiście fikcyjny, bez obowiązku pracy. Moja żona powiedziała jednak, że za darmo pieniędzy nie weźmie. Poszedłem do prezesa: – Uparła się, chce pracować.

Anita trafiła do księgowości, oprócz niej siedziało tam jeszcze siedem innych kobiet. Kiedy byłem już w Schalke, śmialiśmy się z tego, bo w Gelsenkirchen do spraw księgowych wystarczyły trzy osoby. Tam na meczu osiemdziesiąt tysięcy ludzi, w Gdyni góra pięć tysięcy.

Dzięki żonie wiedziałem o wszystkich przekrętach. Nieraz po powrocie do domu dowiadywałem się, że według papierów jestem właśnie na obozie w szwedzkich domkach. Potwierdzały to podpisy całej drużyny. Ten klub był, jak cała ówczesna Polska, jednym wielkim oszustwem.

Kiedy dziś patrzę na nazwiska, które były w kadrze, dochodzę do wniosku, że to była słaba drużyna. Wyróżniał się Andrzej Czyżniewski, gościu z klasą. Był dobrze ułożony i ustawiony. Każdy mu zazdrościł. Pamiętam jak stanął w autobusie, w taki sposób, że ledwo się mieścił i przemówił: – Młodzi, dajcie mi wasze lata, a oddam wam wszystko co mam!
Wtedy się z tego śmiałem, Andrzej miał przecież piękny dom, Toyotę z Peweksu, prowadził cukiernię, słowem – dorobił się na piłce. Ale wiecie co powiedziałem kilka dni temu do córki? – Daj mi twoje lata, wpisz w kontrakt minus milion euro, a ja to odrobię, bo w siebie wierzę.

Moimi atutami od zawsze były wydolność i siła. Choć pamiętam, jak na Bałtyk przyjechał Widzew ze Smolarkiem w składzie. Włodek biegnie z piłką od połowy boiska, ja go za koszulkę – na prawo, na lewo i nic, dalej biegnie. Jego syna przepchnąłbym pewnie na tory, a Włodka nie mogłem ruszyć. W lidze było wtedy wielu świetnych zawodników. Graliśmy przy Bułgarskiej, rzut wolny dla Lecha wykonywał Mirek Okoński. Ustawił piłkę i woła w kierunku „Czyżyka”: – Andrzej, masz źle ustawiony mur!

Zero reakcji. Chwilę później piłka wylądowało w okienku. – A nie mówiłem, że źle ustawiony…

Duże wrażenie robił na mnie Janek Furtok, choć z tym zawodnikiem wiąże się też historia niekoniecznie boiskowa. W sezonie 1985/1986 Bałtyk bronił się przed spadkiem z pierwszej ligi. Na kolejkę przed końcem rozgrywek pojechaliśmy do Katowic. Chcieliśmy kupić ten mecz. Działacze zebrali pokaźną sumkę i zgłosili się do Furtoka. – Przykro mi panowie, ale jest założona spółdzielnia przeciwko wam – usłyszeli w odpowiedzi. Dla całej drużyny z Katowic zakupiono łady prosto z fabryki. Przed meczem do naszej szatni weszło szefostwo klubu, obiecali, że jeśli wygramy dostaniemy wszystkie pieniądze, które zostały zebrane dla Gieksy – trzy i pół miliona złotych. Mecz zaczął się dziwnie, gospodarze wbili sobie samobója jeszcze przed upływem dziesięciu minut. Przez moment zastanawialiśmy się, czy może jednak spotkanie zostało kupione. Później zawodnicy z Katowic trzykrotnie trafiali już do właściwej bramki i zrobiło się nieprzyjemnie. Do czasu. Odpowiedzieliśmy tym samym i wygraliśmy W pewnym momencie podbiegł Furtok: – Kaj te pieniądze do nas trafią? – zapytał, jakby nigdy nic. – Teraz to się bujaj – odpowiedziałem.

Dzięki kasie od działaczy każdy mógł kupić sobie nawet po dwa maluszki. Na pocieszenie, bo w lidze i tak się nie utrzymaliśmy. Mimo że do klubu przyszło sporo propozycji, większość zawodników została w Gdyni. Dołączył do nas Tomek Korynt. Po roku, bez większych problemów wróciliśmy do elity. Drużyna zaczęła się jednak buntować, zawiązała się koalicja przeciwko trenerowi Stachurze. Byłem wówczas kapitanem i uważałem Stasia za bardzo dobrego fachowca i inteligentnego faceta. – Chyba was popierdzieliło – mówiłem do chłopaków, ale oni pozostawali nieugięci. – Dobra, pojadę z delegacją na rozmowę do prezesa, ale powiedzcie przynajmniej co zarzucacie trenerowi – uległem. Jedyne, za co mogłem mieć pretensje do Stachury to, że w autobusie notorycznie palili fajki z Czesiem Boguszewiczem, a ja nienawidzę dymu. Błahostka. Za mną było przecież kilkunastu gamoni z papierosem w lewej, a piwem w prawej ręce. Jak z Gdyni dojechaliśmy do Lublina to nie na boisko, a na odwykówkę się nadawaliśmy. Kiedy wracaliśmy nad morze pociągiem, trener Stachura wychodził we Wrzeszczu, a drużyna w Sopocie. Mieli ulubiony klub, „Non Stop” się nazywał, przesiadywali tam całymi dniami. Jak w poniedziałek wchodziłem do sauny, to miałem wrażenie, że jestem na wytrzeźwiałce. Wysłuchiwałem opowieści, kto ile wypił i zastanawiałem się, co ja tam właściwie robię. Debile, a nie zawodowi piłkarze!

Prezes ucieszył się, że przyszliśmy, ale postawił na kompromis. Obiecał, że z chęcią pozbędzie się Boguszewicza, ale Stachury nie ruszy. Zarząd nie chciał kolejnej zmiany pierwszego trenera. Przed wyjściem poprosiłem, żeby wszystko zostało między nami.

Pierwszy trening po rozmowie z prezesem. Podchodzi do mnie trener Stachura: – Więcej już u mnie nie zagrasz. Wierzyłem w ciebie, jesteś kapitanem, a tobie się jeszcze coś nie podoba?! – wykrzyczał wściekły. Aha, więc to znaczy „między nami”… Zawziąłem się, na treningach pracowałem jeszcze ciężej. Byłem zwyczajnie za mocny, żeby w uczciwy sposób przegrać rywalizację o miejsce w składzie. Stachura się jednak uparł i dotrzymywał słowa. Na jednym z turniejów halowych dostałem w ryj od Krzysia Koszarskiego. Pół roku przerwy, akurat pasowało. Gdy wyzdrowiałem, nic się nie zmieniło. Siedziałem na ławce, ewentualnie mogłem występować w drugim zespole. Oprócz mnie, Stachura prostował jeszcze Piotra Rzepkę. Dla kibiców to było nie do pomyślenia, wołali z trybun: „Jarek Kotas, Jarek Kotas”, ale reakcji nie było żadnej. Na szansę musiałem czekać aż do momentu, kiedy na dwadzieścia minut przed końcem, przegrywaliśmy z Górnikiem Zabrze 0:5. Miałem iść się grzać, ale odpowiedziałem krótko: – Trenerze, tak jak mówiłeś dziennikarzom, wciąż jestem chory.

Do dziś nie powiedziałem Stasiowi, że byłem jedynym, który go bronił. Drużyna udawała, że nic się nie dzieje. Mieli mnie w dupie. Nie wiedzieli, ile przez nich straciłem. Kiedy dostawaliśmy premię, oni brali po trzysta tysięcy, a ja wychodziłem z dwudziestoma.

Wtedy wiedziałem już, że zbliża się koniec. Bałtyk był coraz słabszy – „Czyżyk” wyjechał do Ameryki, Adama Walczaka sprzedano do Widzewa. Zaczęliśmy się odmładzać. Wcześniej miałem nadzieję, że powalczymy o puchary, a tymczasem znów czekał nas bój o utrzymanie.

Stasia w końcu zwolnili, a w jego miejsce przyszedł Włodek Jakubowski. Wziął mnie na bok, powiedział, że zna całą historię i że znowu jestem kapitanem. – Wiesz, interesuje się tobą selekcjoner Łazarek. Chętnie wziąłby cię do kadry, potrzebuje takich zdrowych koni do biegania – mówił. Tyle że ja nie mogłem dłużej czekać. Gdybym dostał powołanie natychmiast, zostałbym bez wahania, ale niestety nie miałem żadnej gwarancji. Byłem w trakcie załatwiania wyjazdu do Niemiec. Dziś możesz wyruszyć w dowolne miejsce w każdej sekundzie, wtedy trzeba było przynajmniej roku, żeby wszystko organizować. Już nie żyjący ksiądz Jankowski chodził z moim ojcem do jednej klasy, pomógł mi. Żona rozpłakała się, kiedy powiedziałem jej, że chcę uciec.

13 stycznia, o godzinie 13:00 wsiadłem w samolot. Powiedziałem sobie, że jeśli nie spróbuję, to nie będę wiedział. Z Bałtykiem pożegnałem się bez żalu. Dziś nie chodzę nawet na mecze oldboyów. Nie wiedziałbym komu podać rękę, a kogo kopnąć w dupę. Wielu z moich byłych kolegów było frajerami.

Wysłuchali Paweł Marszałkowski i Maciej Słomiński